e-mail: info@grlla.com.pl / tel: 605 225 004
 
Powrót do Blog

Tłumacz – zwierzę domowe

Praca w domu jest jak praca na etacie: ma same zalety. Niestety tylko dla tych, którzy jeszcze jej nie spróbowali. Freelancerzy zazdroszczą etatowcom stabilizacji, darmowych przekąsek i dentysty w luksmedzie. Etatowcy zazdroszczą freelancerom elastycznego czasu pracy, bycia swoim własnym szefem i komfortu ciepłych domowych kapci. Jako że tłumacz na etacie to rzadkość, a większość z nas zarządza swoimi mikrobiznesami z domu, postanowiliśmy przygotować zestaw porad, które mogą umilić wam życie i sprawić, że będziecie na swą odresioną osobę patrzeć z nieco mniejszą niechęcią.

Nie chodzi tu bynajmniej o podnoszenie produktywności do jakiegoś mitycznego maksimum. Każdy tłumacz, który spróbował choć przez jeden dzień superwydajnej pracy wie, że to jest po prostu męczące. Człowiek przyzwyczaja się do wysokich zwrotów z poniesionych nakładów, do tych wszystkich luksusów, do jedzenia codziennie i potem powrót do sytuacji „przychód – koszty = minimalna krajowa” boli jak pytanie o rabat już przy pierwszym zleceniu.

Ale zanim przejdziemy do naszych eksperckich porad, rozprawmy się z kilkoma mitami na temat pracy tłumacza-freelancera.

Nie musi pracować od 8 do 16.      tlumacz      Teraz pracuje bez przerwy.
Nie musi wstawać do pracy.      tlumacz      Nie potrafi też z niej wyjść.
Jest sam sobie szefem.      tlumacz      Oraz informatykiem, copywriterem i logistykiem.
Może pracować w wygodnym dresie.      tlumacz      Może też już nigdy go nie zdjąć.
Nie musi uprawiać small-talku.       tlumacz      Może za to godzinami gadać do ściany.*

*a stąd już niedaleka droga do gadania do samego siebie w drodze po bułki.

Jeśli więc czujesz, że twój system pracy wymaga lekkiego upgrade’u lub po prostu doszedłeś do ściany i nie możesz przestać płakać, zapraszamy do lektury. Na pierwszy ogień prokrastynacja.

Problem nr 1: Prokrastynacja, czyli odkładanie na później

Jeśli zmagacie się z tym problemem, to pewnie już wiecie, że żadne zaciskanie zębów, wyznaczanie sobie kar lub nagród i inne metody samodyscypliny (z noszeniem włosienicy włącznie) nie pomagają. Tak jak kręcimy się w kółko w fotelu, raz zakładając nogę na głowę, raz siadając w kucki, tak samo nasz mózg wyszukuje sobie dodatkowych rozrywek, skutecznie odciągając nas od tłumaczeniowych obowiązków. I tak jak problem nieprawidłowej postawy przed biurkiem można rozwiązać, stosując różne sztuczki (fotele, klęczniki, piłki, ćwiczenia, bieżnie biurowe itp.), tak i w przypadku prokrastynacji najskuteczniejsze może okazać się dostosowanie pracy do naszych ograniczeń. Ale najpierw diagnoza, drodzy pacjenci. Poniżej sześć przyczyn prokrastynacji i podpowiedzi, jak sobie z nią radzić.

1. Przemęczenie ogólne

Zazwyczaj skutek ciągłego kieratu, choć nie musimy być przemęczeni pracą zawodową – zmęczenie może też wynikać z okoliczności życiowych (ważne wydarzenia, przeprowadzka, Polska) lub niedyspozycji cielesnej (jeśli znacie jakiegoś samozatrudnionego, który wziął kiedyś chorobowe, piszcie).
A zatem. Jeśli wyczuwasz, że za silną potrzebą wynoszenia śmieci, obierania starego sweterka z pypci lub za tzw. kompulsywnym researchem* w miejsce wykonywania obowiązków zawodowych stoi ogólne przemęczenie, spróbuj zaplanować w najbliższym czasie urlop.

2. Przemęczenie szczególne 

Czyli znudzenie określonym typem lub tematyką zleceń. Zazwyczaj nie mamy co narzekać na brak różnorodności tłumaczonych materiałów. Jednego dnia umowa, drugiego instrukcja obsługi, a trzeciego artykuł o środkach ochrony roślin na bazie obornika. Czasem jednak będziemy mieli to szczęście, że będziemy dostawać kilometry materiałów na jeden i ten sam temat. Taka sytuacja ma sporo zalet (np. możliwość wielokrotnego wykorzystania tej samej wiedzy, powtarzalność tekstów), ale może doprowadzić do znudzenia tematem do tego stopnia, że będziemy od pracy uciekali.
Rozwiązanie: oddelegowanie przynajmniej części zleceń innemu tłumaczowi, np. na zasadzie wymiany.

3. Zadanie powyżej naszych możliwości

Wykonywanie takiego zlecenia dzieli się na charakterystyczne fazy. Najpierw się podniecamy i myślimy: challenge accepted. Potem stopniowo dociera do nas, że w ogóle nie rozumiemy materiału źródłowego. Wpadamy w panikę. Hiperwentylacja. Krok po kroku zaczynamy jednak rozwiązywać zagadkę. Już po godzinie myślimy: „E, spoko, to w ogóle nie jest takie trudne”. Robimy sobie pięć dni przerwy. Szóstego dnia wpadamy z powrotem w panikę, jednak nie ma już odwrotu i ciśniemy do ósmej rano w ucieczce przed dedlajnem. Siódmego dnia odpoczywamy.
A teraz na poważnie. Nie da się rozwijać, nie mierząc się z wyzwaniami. Gdy zadanie nas przerasta, rozbijmy je na mniejsze, łatwiejsze do wykonania, elementy lub podzielmy się pracą z innymi.

4. Zadanie nowe

To zrozumiałe, że boimy się nowych wyzwań. Strach może być wręcz paraliżujący. Warto więc, tak jak w przypadku zadań ponad nasze możliwości (3), mieć w głowie zapamiętane podobne sytuacje, z których udało nam się wyjść obronną ręką. Wiara we własne siły to kluczowy element rozwoju kompetencji. Jeśli w kontakcie z nowym oprogramowaniem myślisz: „Na pewno nie dam rady, nie znam się na tym”, przypomnij sobie, jak wyglądały twoje pierwsze chwile z Tradosem.

5. Zadanie zbyt duże lub zbyt skomplikowane

Podziel je na mniejsze. Jeśli na naszej to-do-list będziemy mieli zbyt wiele pozycji typu „Naucz się francuskiego”, nigdy nie zabierzemy się do realizacji żadnego z nich. „Znajdź szkołę lub nauczyciela francuskiego ze swojej okolicy” brzmi już o wiele prościej.

6. Monotonia pracy

Prokrastynacja to bolączka wielu tłumaczy, pisarzy i dziennikarzy. Nie przypadkiem tym, co łączy te trzy profesje jest pisanie tekstów, czyli de facto wyprodukowanie jak największej liczby układających się w sensowną całość słów w jak najkrótszym czasie. Gdy praca jest monotonna, siłą rzeczy szukamy jakiegoś urozmaicenia, a obowiązki odkładamy na później.
Rozwiązaniem może być prawidłowa organizacja pracy tłumacza. Czyli: najpierw czytamy tekst (zieeew), zaznaczamy trudne terminy, robimy research, przygotowujemy glosariusz, a dopiero potem przystępujemy do tłumaczenia.
Kiedyś myślałam, że na te wszystkie etapy pracy nie mam czasu. Ale prawda była taka, że i tak to wszystko robiłam, tylko w niewłaściwej (mało efektywnej) kolejności. Wszystko zlewało się w jedną wielką całość, która pozornie wyglądała jak jedno długie ślęczenie nad tekstem. Gdy pracę podzielimy na sensowne etapy, jej monotonia zniknie sama.

W następnym odcinku: jeszcze trochę o prokrastynacji, czyli co mają do powiedzenia na ten temat naukowcy.

* Research kompulsywny: czytasz wszystko, co kiedykolwiek ktokolwiek napisał na dany temat. Budzisz się po tygodniu na OIOM-ie.